niedziela, 3 maja 2015

Rozdział 4 ~ wspomnienie

8 lat wcześniej....

Ogród na terenie Świątyni Jedi  był jednym z najpiękniejszych i najbardziej strzeżonych miejsc we wszechświecie. Przez jego środek biegła długa ścieżka łącząca ze sobą wejście do Świątyni i wysoką bramę z białego piaskowca prowadzącą do centrum Coruscant. Po obu stronach dróżki, co jakiś czas z fontann, równo od siebie oddalonych wytryskiwała woda i spływała metalowymi prętami, gdzie łącząc się w jeden duży kanał nawadniała trawę i wszystkie, otaczające fontanny, krzewy.
W tle altany, po których pięły się w górę róże i inne, nieznane z nazwy, rośliny.Właśnie teraz w jednej z nich przebywała para młodzików- chyba nie powinni tu być zważając na fakt, że przerwa obiadowa dobiegła końca ...dla nich jednak nie istniał czas. Siedzieli, zajęci rozmową, wpatrzeni w siebie jakby słowa nie mogły ująć tego co czują...wpatrzeni w głąb  swoich dusz.
- Wiesz- blond włosy chłopiec w białych szatach spojrzał łobuzersko na młodszą o 2 lata koleżankę- kiedyś się z tobą ożenię.
Dziewczynka wbiła wzrok w ziemię. Jej policzki prawie natychmiast oblały się rumieńcem. Odruchowo wyjęła kosmyki włosów zza uszu, by choć trochę zakryć twarz. Sądziła, że to tylko żart, kolejna próba wyprowadzenia jej z równowagi. Znała Skywalkera na tyle długo, że wiedziała iż denerwowanie wszystkich w koło było jego ukochanym zajęciem...Co jeżeli mówił prawdę? Może rzeczywiście chciał wiązać z nią swoją przyszłość. To byłoby wręcz cudowne i niesamowite....ale też nierealne. Zasady Jedi surowo zabraniały przywiązania, a jeżeli dali by upust marzeniom musieliby odejść, a tego żadne z nich nie chciało.
Jej rozterki znikły równie szybko jak się pojawiły , kiedy Anakin chwycił jej rękę i uśmiechnął się w taki sposób w jaki tylko on potrafi się uśmiechać.
- Mówisz poważnie?- zagadnęła podejrzliwie
- Jestem poważny jak nigdy Van- odparł zgodnie z prawdą.
- Obiecaj- zażądała pewnym tonem, unosząc się lekko do góry.
- Obiecuję. Uciekniemy stąd. Będziemy sami, ale nikt nie wtrąci się do naszej miłości próbując ją zniszczyć. Będę przy tobie już zawsze Van- schylił się i cmoknął ją w policzek na znak przypieczętowania swoich słów.
- Kocham cię Ani- szepnęła wtulając się w jego ciało i opierając głowę na jego ramieniu.
- Ja ciebie też kocham Van.
_________________________________________________________________________

Taaak...Cierpię na chwilowy brak weny i ten rozdział jest jednym z tych, które wymyśliłam już jakiś czas temu.( na papierze wydawał się znacznie dłuższy). Nie jest idealny, ale myśle,ze dosc uroczy.
Zyczcie weny !!

piątek, 24 kwietnia 2015

Rozdział 3

(Van)

Autobus podskakiwał jadąc po nierównej drodze i sprawiał wrażenie jakby zaraz miał się rozlecieć. W środku śmierdziało paliwem, a szyby oraz fotele ktoś porysował. W sumie nic w tym dziwnego. Był stary, zardzewiały. Kursował raz na tydzień. Jedna z moich walizek upadła na podłogę, gdy pojazdem mocniej zachwiało, wiec schyliłam się żeby ją podnieść sama omal nie tracąc przy tym równowagi. Skoro wujek, aż tak bardzo chce żebym przyjeżdżała do niego na wakacje to choć raz mógłby się pofatygować i odebrać mnie z Londynu.
Drzwi autobusu otworzyły się ze świstem i usłyszałam szorstki, głos kierowcy:
- Wysiadać! Ostatni przystanek!
Powoli przeszłam przez próg i stanęłam na miękkiej, ciemno-czarnej ziemi. Rozejrzałam się dookoła. W którą stronę nie spojrzeć, wszędzie łąki z trawą sięgającą do kolan.Świetnie, czyli jeszcze godzina spacerkiem. Chwyciłam bagaże. Ruszyłam przed siebie.Szłam, a zielone źdźbła uginały się pod moimi stopami. Promienie słońca grzały niemiłosiernie, a buty oraz fragment moich jeansów pokryły się błotem. Pomimo to, gdy tylko spostrzegłam wyłaniający się zza wzgórza dach domu, chciałam jedynie cofnąć się i pobiec w przeciwną stronę.
Do kogo miałabym iść? Co robić?
Zamknęłam oczy i spróbowałam się uspokoić.
Plan na wakacje:" Nie ważne jak nie przepadam za wujaszkiem, będę dla niego miła"
Przynajmniej...postaram się.
Szybko minęłam niewysoki pagórek, przeszłam koło sadu. Przyłożyłam rękę do czoła osłaniając oczy przed ostrymi, ciepłymi promieniami...wtedy go ujrzałam.
- Dzień dobry wujku!- zawołałam na widok ciemnoskórego mężczyzny w szarym podkoszulku. Prawdopodobnie słysząc mój głos odwrócił się i spostrzegłam, że w jednej ręce trzyma duże, metalowe grabie. Podbiegłam do niego i przytuliłam mocno ignorując, że cały pokryty był błotem. Z nieukrywanym zadowoleniem patrzyłam jak jego ciało spina się pod wpływem mojego dotyku.
- Już jesteś? twoja nauczycielka zapewniała, że będziesz dopiero wieczorem.
Usilnie starał się wyswobodzić z moich objęć
- Wypuścili nas wcześniej. W internacie tez chcą mieć jak najszybciej wolne.
Spojrzałam na niego. Nic się nie zmienił od czasu ostatnich wakacji. Wciąż miał zupełnie gładko ogoloną głowę, a głęboka zmarszczka na czole nadawała jego twarzy surowy wygląd.
To typowy samotnik. Żyje pośród pól, uprawia role. Od czasu do czasu zajmuje się bankowością. Jest oziębły, tajemniczy i małomówny, ale jest również moją jedyną rodziną...Powinnam być mu wdzięczna. Pozwalał mi u siebie mieszkać w czasie przerwy letniej, a w roku szkolnym kupował mi książki i ubrania.
Dlaczego więc za każdym razem, gdy miałam się z nim spotkać, samo tolerowanie jego obecności sprawiało mi problem?
- Vanesso , słuchasz mnie?
- Hmm...Tak- oparłam wyrwana z zamyślenia. Pokręciłam przecząco głową- Nie.Przepraszam. Możesz powtórzyć?
- Wiem, że nie przepadasz za spędzaniem tutaj wakacji- już otworzyłam usta, by zaprzeczyć, ale jakoś nie potrafiłam znaleźć odpowiednich słów.-Więc postanowiłem, że w tym roku, dla urozmaicenia czasu, pomożesz mi przy zbiorach.
Otworzyłam szeroko oczy ze zdziwienia. Czy on naprawdę sądzi, że tego właśnie chcę? Jeżeli tak, mój szacunek do niego znów spadł o kilka procent.
" Bądź miła"-skarciłam się w duchu.
- To świetny pomysł-wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
On jednak nie zwrócił uwagi na mój ton lub udawał, że go nie zauważył. Nie ważne. Wciąż stał drętwo, choć teraz, nagle jego wzrok wydał mi się dziwnie nieobecny...czegoś nasłuchiwał.
-  Van! Na ziemię!- chwycił mnie mocno za rękę i pociągnął za sobą w dół. Usłyszałam warkot silnika, a chwilę potem jakaś wielka, żelazna kula spadła dosłownie 5 cm od mojej głowy, robiąc spory dołek w trawie.Oczy zaczęły mnie piec od tumanu pyłu, który wzbił się w powietrze. Moje serce biło szybko, oddech był nierówny. Przyległam mocniej do podłoża, gdy potężny właz rozsunął się ukazując co, może raczej kto znajdował się w środku. Metalowe stwory o ludzkim kształcie z blasterami w dłoniach zaczęły powoli wydostawać się na zewnątrz.
To niemożliwe!
Chciałam krzyczeć, ale w moim gardle uformowała się tak wielka gula, że nie byłam w stanie wydobyć z siebie dźwięku.
Chciałam biec jednak moje ciało zdawało się przyrosnąć do ziemi niczym stary dąb z korzeniami sięgającymi głęboko w glebę.
Spojrzałam w stronę, gdzie leżał wujek. Nie było go! Myśli miałam postrzępione. Panika przeszyła cały mój organizm. Co jeżeli mnie tu zostawił? Samą, na pastwę losu. Nerwowo rozglądałam się we wszystkich kierunkach. Nie miałam pojęcia jak bardzo byłam przerażona do czasu, aż część strachu odpłynęła, kiedy znalazłam go kucającego po mojej prawej. Przełamał na pół grabie i wydobył z ich środka niewielki, podłużny przedmiot. Widziałam jak przesuwał po nim ręką, natychmiast pojawiła się brzęcząca , fioletowa wstęga światła. Zgrabnie przeciął nią korpus pierwszego potwora.
To była moja szansa. Zacisnęłam wargi, oderwałam się od ziemi i puściłam się biegiem przez las, z każdej strony otoczona potokiem laserowych pocisków, które mijały mnie o włos. Nie oglądałam się za siebie. Paliło mnie w piersiach, nigdy nie lubiłam biegać, ale wiedziałam, że nie mogę się zatrzymać. Pędziłam tak szybko jak tylko potrafiłam...może trochę zbyt wolno. Poczułam zimny uściska na lewym przedramieniu. Zapewne, gdybym nie była śmiertelnie przerażona zawyłabym z bólu, bo szpony droida wbijały się na prawdę mocno.
Przez jakiś czas, który dla mnie był jak wieczność, wpatrywałam się w jego ziejące pustką oczy. Podniósł do góry broń. Bałam się, bałam się i z całych sił próbowałam powstrzymać łzy,zbierające się w kącikach oczu. Nie tak wyobrażałam sobie swoją śmierć, nie chciałam tak zginąć...Wzięłam głębszy oddech, gdy już pogodziłam się z tym co miało mnie czekać, błękitna wstęga światła przeszyła ciało robota. Opadł bezwładnie, a zza niego wyłonił się mężczyzna. Miał krótkie jasnobrązowe włosy, czarny płaszcz, w który był ubrany, powiewał na wietrze. Zamrugałam kilka razy.
Czy to omamy!
Zebrałam się w sobie, by coś powiedzieć, ale na horyzoncie pojawił się lekko zezłoszczony wujek, więc uznałam, że to nienajlepsza pora na podziękowania. Twarze obojga mężczyzn wyrażały zdumienie.
- Windu?- zapytał mój wybawiciel- Mace Windu?
- Skywalker- wysyczał wujek bez cienia wątpliwości w głosie.
Kiedy znaleźli się obok siebie, zaczęli iść. Ramię w ramię. Nie zwracali na mnie uwagi, ale i tak odebrałam wrażenie, że powinnam podążyć za nimi. Byli ode mnie wyżsi, a co z tym się wiąże, mieli też dłuższe nogi. Musiałam nieźle się namachać, żeby ich dogonić. Moja ręka pulsowała przy każdym kroku, starałam się to zignorować.
- Nie spodziewałem się tu ciebie, Mistrzu- powiedział jasnowłosy chłopak.
- No to oboje mieliśmy dziś niespodziankę.
-  Te droidy...
- Później mi opowiesz. Gdzie twój myśliwiec. To nim przyleciałeś?
- No właśnie- zakłopotany, podrapał się po karku- Rozbity. Ale na prawdę, miałem powód...
- To już trzeci w tym miesiącu!
- No przecież powiedziałem, że miałem ważny powód.
- Dość już o tym statku- zakończył wujek-Na szczęście mam coś na takie wypadki.
Weszliśmy w rząd gęstych krzaków. Przedzieraliśmy się przez zarośla, aż dotarliśmy do wydrążonej, jak sądzę, przez wiatr i wodę, skały. Nikt nic nie mówił. W ciszy przebieraliśmy powoli nogam, prowadzeni przez wujka.
Tunel, który na początku wyglądał jedynie na płytką szczelinę, teraz wydawał się nie mieć końca. Gdzieś w oddali słychać było kapanie wody. Sufit w miarę naszego posuwania się na przód stawał się coraz niższy, jeszcze trochę, a te ściany nas zmiażdżą.
- Fajne to twoje zbiory- rzuciłam ironicznie, gdy potknęłam się o kamień i upadłam na zimną, chropowatą skałę. Żałowała, że jest tu zbyt ciemno bym mogła zobaczyć poirytowany wzrok wujka, którym na pewno mnie obdarzył.
_______________________________________________
Nareszcie pojawiła się Van c: ! Nawet nie macie pojęcia ile razy poprawiałam i zmieniałam ten rozdział....uff. Mam nadzieję, że się podobał, choć akcja dzieje się w nim dość szybko.

Przy ostatnim rozdziale były, aż 24 wyświetlenia więc widzę,że czytacie...jupi!.
Mam prośbę. ( Już o to prosiłam, więc przepraszam,że się powtarzam) Zostaw krótki komentarz przy tym rozdziale na znak, że przeczytałeś.
Jeżeli nie masz pomysłu:
:)- taka buźka będzie oznaczać, że rozdział ci się podobał
:( - taka buźka będzie oznaczać, że rozdział ci się nie podobał



niedziela, 19 kwietnia 2015

Rozdział 2

 (Anakin)

Od dłuższego już czasu siedziałem w sali do medytacji  na starych, twardych materacach w zadumie przyglądając się trzymanemu w jednej ręce warkoczykowi padawana Ahsoki i mieczowi świetlnemu Van, który zaciskałem mocno w drugiej. Zamknąłem oczy i po raz kolejny spróbowałem otworzyć się na moc...Bezskutecznie. Zobaczyłam tylko ciemność zamiast kolorowych wici mocy, które tak pragnąłem ujrzeć. Zrezygnowany powoli wypuściłem powietrze z płuc zdając sobie, aż za dobrze sprawę, że jest to skutek nieuporządkowanych myśli kłębiących się w mojej głowie. Od odejścia Ahsoki nie potrafiłem się zupełnie na niczym skupić. Nie mogłem jeść, spać, medytować, a tylko to mi zostało po tym jak mistrz Windu stwierdził, że " muszę na razie ochłonąć po ostatnich zdarzeniach i nigdzie nie wolno mi się ruszać" Kolejne fanaberie..choć może...
- Anakinie, mistrzowie pytają kiedy zwolnisz salę- obejrzałem się na stojącego w drzwiach mistrza Kenobi'ego.
-Patrząc po moich postępach najwcześniej w przyszłym tygodniu. 
Obi-wan zaśmiał się krótko,szybkim krokiem przemierzył salę i usiadł na podłodze,naprzeciw  mnie.
- Wiem, że ci ciężko odkąd mistrz Windu zabronił  ci opuszczać Świątynie- mówiąc cały czas patrzył w moje oczy.- I chcę żebyś wiedział, że jestem z ciebie dumny.
- Dumny?- zamarłem słysząc taka pochwałę z jego ust. Czyżby rzeczywiście Obi-wan Kenobi powiedział, że jest ze mnie dumny? Starałem się zachować powagę, ale uśmiech sam cisnął mi się na usta.
- Tak. Kiedy Rada wydała werdykt o...wydaleniu Ahsoki- na te słowa poczułem jakieś dziwne ukłucie w sercu- Spodziewałem się, ze będziesz krzyczał, wiesz jak to ty, głośno protestował. Jadnak ty zaakceptowałeś ich decyzje.
Tak, stałem jak kołek wbity w ziemię. Nie reagując patrzyłem jak Rada odbiera mi jedną z nielicznych osób, które naprawdę kochałem.
Przepraszam Ahsoko, nie miałem wyjścia.
- Chyba jednak czegoś się nauczyłeś. Wydoroślałeś.- położył mi dłoń na ramieniu.
Jeżeli "wydorośleć" oznacza duszenie w sobie emocji, to mój mistrz miał racje...wydoroślałem...chwilowo. Choć sam porównał bym się raczej do uśpionego wulkanu, w którym poziom lawy wzrasta z każdym dniem, a kiedy Van z powrotem znajdzie się na Coruscant , a miałem plan jak ją tu ściągnąć, Obi-wan będzie musiał przygotować się na ogromną eksplozje.
- Wszystkiego uczę się od ciebie- zmusiłem się nawet do nikłego uśmiechu. Spostrzegłem, jak wzrok Mistrza zatrzymuje się na moich dłoniach, w których wciąż spoczywały miecz i warkoczyk. Skrępowany schowałem ręce za siebie.
 - Tęsknisz za nimi?- zapytał
- To chyba oczywiste, mistrzu-spojrzałem prosto w jego błękitne oczy.
- Zbyt się przywiązujesz.
Westchnąłem. Zapomniałem przez chwilę, ze Obi-wan jest człowiekiem podciągającym wszystko pod surowe zasady Jedi.
- Tak mistrzu.
Kenobi poruszył się lekko i zaczął podnosić się z ziemi. Po wyrazie jego twarzy wywnioskowałem, że zam nie był zbytnio zadowolony odpowiedzią jaką mi dał.
- Obi-wa'nie- zatrzymałem go- Powiedz mi, dlaczego właściwie Ahsoka została wyrzucona? Co zrobiła?
Mistrz przejechał językiem po wardze. Widać, zastanawiał się ile z tego co wie może mi zdradzić.
- Zabiła jednego z mistrzów.
- To wiem. Tylko skąd właściwie wiecie, że to była ona? Przecież oboje wiemy, ze to praktycznie nie możliwe- ton mojego głosu mimowolnie zaczął się podnosić- To nie mogła być ona!Dlaczego Rada tego tego nie widziała!
Stojąc z zaciśniętymi pięściami wpatrywałem się w mistrza,a wściekłość przeniknęła do wszystkich części mojego ciała.
- Dlaczego ich nie powstrzymałeś!- krzyknąłem może trochę głośniej niż zamierzałem. Obi-wan siedział jednak w dalszym ciągu na podłodze i powiedział niewzruszony:
-Nic więcej nie mogę ci powiedzieć.
Jego aura w mocy wyrażała bezradność.
***
Kiedy gwiazdy i księżyc pokryły w całości niebo nad Coruscant postanowiłem wreszcie wcielić w życie swój plan...nie było sensu zwlekać ani chwili dłużej zwłaszcza po zbyt wczesnej " erupcji wulkanu". 
Pod osłoną nocy zakradłem się do swojego myśliwca Delta-7, modląc się w duchu, by wszyscy mistrzowie już dawno spali i nie zauważyli samotnego Jedi, okrytego długim, czarnym płaszczem, przemykającego przez świątynne korytarze. W nocy cała Świątynia wydawała się jeszcze bardziej tajemnicza niż za dnia. Ciemne korytarze oświetlone jedynie szarym blaskiem księżyca zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Skręciłem raz, potem znowu, aż dotarłem do celu...do doków startowych. Szybko odnalazłem swój myśliwiec. Stał obok innych, podobnych, ale różniących się od siebie kolorem. Mój był żółty. Otworzyłem kokpit, wdrapałem się do środka i wystartowałem zostawiając za sobą Świątynie i pozostałe budynki, lecąc w stronę gwiazd. Kiedy znalazłem się na tyle daleko by nie ściągać na siebie uwagi innych statków kursujących z Coruscant, na Coruscant zgasiłem silnik. Zamknąłem oczy i pozwoliłem prowadzić się Mocy. Kolorowe wici krążyły wokół mnie, rozprzestrzeniały się we wszystkich  kierunkach. Głębiej zanurzyłem się w Mocy i wtedy to poczułem...ciepło i aurę, które pamiętałem tak doskonale z dziecięcych lat. Wici świeciły jasno jak wtedy, gdy po raz pierwszy jej dotknąłem...włączyłam silnik i obrałem kurs na Zewnętrzne Rubieża, by stamtąd wyruszyć na zupełny " kraniec" kosmosu.
_________________________________________________________________________

Oto rozdział drugi tym razem napisany z punktu widzenia Anakina. Mam nadzieję, że się wam podobał.

P.S. 
Dziś swoje 34 urodziny obchodzi Hayden Chrisensen.
 Życzymy ci: wszystkiego najlepszego, spełnienia marzeń, samych świetnie odegranych ról i żebyś już zawsze był taki cudowny i wspaniały jak teraz!!!!<3



NIECH MOC BĘDZIE Z WAMI!
Ms. Skywalker

sobota, 11 kwietnia 2015

Rozdział 1

Kilka tygodni wcześniej....

Strzeliste budowle ustawione gęsto,w niewielkich odległościach od siebie z daleka sprawiały wrażenie połączonych. Wyglądały jak jeden ogromny budynek z niezliczoną ilością okien i balkonów.
W bezsłoneczne dni ich sięgające wysoko dachy były ledwo widoczne spod grubej chmur zmieszanej z dymem z kominów licznych fabryk. Kiedy jednak żar lał się z nieba stal,która je pokrywała, mieniła się kolorami tęczy.
Spośród wielu podobnych wieżowców dwa wyróżniały się znacznie na tle reszty.Jednym z nich była siedziba Galaktycznego Senatu w kształcie kopuły,a drugim trapezowata Świątynia Jedi. Znajdowały się na przeciw siebie w odległości kilku metrów tak, że stojący przy oknie w Świątyni 18-letni rycerz Jedi, Anakin Skywalker potrafił dostrzec zarys budynku Senatu. Mężczyzna zaledwie kilka godzin temu powrócił z Zewnętrznej Krawędzi, gdzie dowodził, jako generał, oddziałem sklonowanych żołnierzy. Cieszył się nareszcie, znów jest na Coruscant...w domu. Jednej z nie wielu planet w Republice, na której nie toczyła się wojna. Która nie została zniszczona, przez wybuchające w innych częściach kosmosu, ataki separatystów. Co stało się z moja ukochaną galaktyką? Wciąż zadawał sobie to pytanie. Gdzie podziała się ta beztroskość, pokój?Odkąd skończył 12 lat wraz z Obi-wanem walczyli na froncie. Widział  w swoim życiu już zbyt wiele śmierci, zbyt wiele opustoszałych miast i planet.
Z drugiej jednak strony, choć sam nawet przed sobą niechętnie się do tego przyznawał, wojna pozwalała mu na jakiś czas zająć czymś umysł. Siedzenie w Świątyni powodowało, że myślał zbyt wiele,a wszystkie jego myśli sprowadzały się do jednej osoby...Van.
Podsłuchał kiedyś rozmowę Obi-wan'a z Yodą. Starszy mistrz powiedział wtedy, że wcale nie zginęła, ale dla jej własnego bezpieczeństwa została przetransportowana  na planetę poza Zewnętrznymi Rubieżami...Od tamtej pory przyrzekł sobie,że za wszelką cenę postara się ją odnaleźć
- Mistrzu- Ahsoka położyła dłoń na jego ramieniu tym samym wyrywając go z zamyślenia.
Anakin spojrzał na swoją padawankę. Młoda Togrutanka wskazała ręką na drzwi pokoju Rady i dopiero wtedy przypomniał sobie dlaczego tu jest. Przełknął głośniej ślinę i objął dziewczynkę ramieniem, próbując w ten sposób dodać jej, a także sobie odwagi.

Stanęli na środku sali otoczeni, z każdej strony niewielkimi krzesłami, na których siedzieli Mistrzowie znajdujący się w Radzie.
- Padawanie Tano- zawrócił się do Ahsoki,Mistrz Plo Kuno-Ufałem ci zawsze, jednak wszyskie dowody wskazują na to, że uczestniczyłaś w zabójstwie Mistrza Jedi, Quinlan'a Vos'a
- To niemożliwe. Znam swojego padawana. Nie byłaby do tego zdolna!-Anakin stanął w obronie Togrutanki.
Zapadła cisza. Nikt nie chciał odezwać jako pierwszy, za bardzo przyzwyczaili się do jej obecności,by móc uwierzyć, że stała się tak ogromnym zagrożeniem.... jednak taka jest cena pokoju.
-Ahsoka musi odejść- Mace Windu przełamał trwającą już trochę za długo, niezręczną ciszę.
Łzy zebrały się w kącikach oczu dziewczynki, ale szybko zapanowała nad emocjami.
-Zawiodłam cię mistrzu-wbiła wzrok w ziemię.
-Nie to moja wina. Przepraszam Smarku- zwrócił się do niej przezwiskiem i położył dłonie na jej ramionach. Tano sięgnęła do kieszeni po warkocz padawana i oddała go w ręce swojego Mistrza. Skywalker poczuł jak jego oczy stają się wilgotne, a serce napełnia ból i gniew. Sam już nie rozumiał czemu nie krzyczy. Czemu nie protestuje. Dlaczego po prostu pozwala odejść swojej uczennicy. Nie był w stanie nic powiedzieć, nic zrobić.
- Dziękuję za wszystko Mistrzu- odparła.
Ostatni raz omiotła wzrokiem pomieszczenie zatrzymując na chwilę spojrzenie na poczerwieniałych spojówkach byłego Mistrza.Potem obróciła głowę i wyszła z pokoju.
" Teraz już nic mnie tu nie trzyma"- pomyślał Anakin.
_________________________________________________________________________________

Pierwszy rozdział, jak widzicie, nie jest zbyt długi i szczerze powiem, że nie jestem z niego zbytnio zadowolona.Wiem, mówiłam,że tylko prolog będzie w trzeciej osobie, ale tutaj jakoś bardziej mi pasowała narracja 3-osobowa, bo w zasadzie ten rozdział jest  przedłużeniem prologu. Dodatkowo "rozdziały-wspomnienia",co pewnie zdążyliście zauważyć przy prologu, opisujące dzieciństwo Anakina i Vanessy także będą w 3 os.
Obiecuję,że następne rozdziały będą lepsze, ciekawsze...akcja  się rozkręci :D

P.S:Widzę, że kilka osób przeczytało prolog.:D Proszę zostawiajcie komentarze. Jestem bardzo ciekawa czy mój pomysł, choć wiem, że na razie ciężko to stwierdzić, wam się podoba. Jeżeli nie, bez obaw, przyjmę wszelką krytykę.:D
NIECH MOC BĘDZIE Z WAMI!
Ms Skywalker

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Prolog - wspomnienie

8 lat temu...

Próbowałeś kiedyś wyobrazić sobie świat bez wojen? 
Bez konfliktów, bólu, łez czy cierpienia?
Gdzie wszyscy byliby szczęśliwi?
Nie znali strachu...pomagali sobie wzajemnie? 
***
Intensywna zieleń traw skropionych poranną rosą. Złocisty piasek oświetlony przez promienie wschodzącego słońca. Dzika roślinność oplatająca konary pnących się w górę drzew. Ogromne budowle wzniesione z metalu, hałaśliwe ulice. Wkoło słychać śmiech. Rozbawione głosy ludzi niosą się echem po lesie. Dzieci grają w piłkę na szkolnym boisku, a dorośli patrzą pełnym dumy wzrokiem na swoje pociechy, obserwując ich zabawę. Jacyś królowie w strojnych szatach ściskają sobie wzajemnie ręce na znak pokoju i zgody. 
Nikt się nie śpieszy, nie myśli o pieniądzach, pracy. Nie obawia się, że ktoś go okradnie, przystawi rufę pistoletu do głowy. Nie ma tu morderstw, kradzieży.
Świat idealny...utopia, wręcz nierealny...a jednak istniał
***
Jeszcze 8 lat temu nikt nawet nie podejrzewałby, że wybuchnie wojna. Przyszła niespodziewanie, jak deszcz w bezchmurny, słoneczny dzień. 
Nie wiedziano wtedy jeszcze jakie skutki przywiedzie ze sobą nadchodząca ciemność...
***
Zdarzyło się to na Corusacnt. Planecie w całości pokrytej przez nowoczesne wieżowce, huty przemysłowe,a co najważniejsze będącej wówczas centrum Starej Republiki. Kiedy Jedi byli u szczytu władzy i pilnowali pokoju w galaktyce. Myślano wtedy, że Sithowie zostali zniszczeni wiele lat temu, a zło na zawsze wykorzenione...niestety

Na ostatnim piętrze ogromnej, złotej budowli o trapezowatym kształcie beztrosko bawiło się dwóch Jedi-dziewczynka i chłopiec.
Dziewczynka miała 8 lat.Długie brązowe włosy spięte w dwa, luźne warkocze., Ubrana była w jasne, trochę za duże szaty. Chłopiec, który stał tuż obok niej był 2 lata starszy. Dawno nieścinane blond włosy sięgały mu, aż za uszy, a długa grzywka opadała niesfornie na twarz. Jego błękitne oczy jaśniały wesołym blaskiem, za każdym razem, gdy spoglądał na swoją towarzyszkę.
- Tu jest tak nudno!- zakrzyknął nagle.- Chcę przeżywać przygody, podróżować, walczyć.
Stanął w postawie szermierskiej i zaczął "niewidzialnym" mieczem "ciąć" powietrze.
Dziewczynka przewróciła tylko oczami. Jej przyjaciel potrafił godzinami opowiadać o swoich sza;lonych marzeniach.
- Powiedz to samo Obi-wan'owi- rzuciła śmiało
- Chyba żartujesz, wiesz co by powiedział- wyprostował się i dodał zmienionym głosem- Anakinie! Myśl o teraźniejszości, a nie o przyszłości.
Po chwili oboje tarzali się po ziemi zanosząc śmiechem. Korzystając z nieuwagi koleżanki, Jedi jednym zwinnym ruchem wyrwał dziewczynie miecz świetlny z ręki.
- Ej! Oddaj!- zawołała, gdy zbiegał po schodach w dół.
-Najpierw musisz mnie złapać!- pokazał jej język.

Wybiegli z budynku i stanęli po środku świątynnych ogrodów. Młody Jedi rozejrzał się dookoła i ukrył za najbliższym krzakiem ciągnąc przyjaciółkę za sobą.
- Co jest?- szepnęła.
- Chyba zbliża się do nas cały szwadron droidów.
Dziewczynka szturchnęła go łokciem w ramię.
-Nie mów tak Ani, to głupi żart.
Jednak i do jej uszu doszedł charakterystyczny szczęk metalu.Wytężyła wzrok i zobaczyła roboty Federacji Handlowej maszerujące w stronę Świątyni. Tuż za nimi w dali pobłyskiwały krwisto-czerwone klingi świetlnych mieczy jakich używali tylko...Sithowie.
Chłopiec jako pierwszy ruszył do walki nie czekając na mistrzów Jedi, którzy niedługo potem znaleźli się na polu bitwy. Zdezorientowana dziewczynka ukryła się w cieniu niewysokiego drzewa chowając głowę w kolanach.
- Van tu jesteś!- zawołał jeden z mistrzów. Mężczyzna wziął ją na ręce jednocześnie odbijając świetlistą klingą strzały z blasterów.
***
Stanęła po środku owalnej sali. Prawie pustej nie licząc niewielkich foteli po dwóch stronach pokoju. Na jednym z nich, po prawej stronie siedział stary, lekko zgarbiony mistrz Yoda, a po lewej czarnoskóry Windu.
- Tu niebezpiecznie zbyt dla niej jest
Mistrz Yoda gładził dłonią podbródek.
- Jeżeli zginie Jedi na tym stracą.
Głos Windu został lekko zagłuszony przez przez odgłos wybuchu.
-Pewnym jest, że po nią przyszli oni.
-Więc nie mogą jej znaleźć.
Na niebie pojawił się kolejny błysk.
- Masz pomysł dokąd zabrać możesz ją?-zagadnął staruszek
- Tak mistrzu.Nigdy jej tam nie znajdą.
Dziewczynka przerażonym wzrokim patrzyła to na jednego to na drugiego. Windu wstał, uśmiechnął się przyjaźnie, wziął na ręce i opuścili salę.
***
- Ale jak to zginęła?-zapytał smutnym głosem Anakin wygrzebując miecz świetlny swojej koleżanki ze szczątków jakiegoś droida. Opuściła go. Jego ukochana Van, zniknęła na zawsze. Najlepsza przyjaciółka....Skrawkiem rękawa otarł łzę spływającą po policzku. Nie chciał by jego mistrz to zauważył.
- Przykro mi młody padawanie- odparł mistrz Kenobi kładąc rękę na ramieniu chłopca. Oboje ruszyli w kierunku trapezowatej budowli widniejącej na horyzoncie. Jaśniejącej niezwykle w blasku zachodzącego słońca...
_________________________________________________________________________________

Hej! Tak więc oto prolog wyjątkowo napisany w 3 os. bo reszta opowiadania będzie w 1 os.
Mam nadzieję, że wam się podobał i zachęcił do dalszego czytania.                                                                                  NIECH MOC BĘDZIE Z WAMI!
pozdrawiam Ms Skywalker

POWITANIE

Hej!Hej!Hej!

O czym będzie mój blog?

Mój blog, o czym przekonacie się czytając, nie jest typowym blogiem o Gwiezdnych Wojnach. Choć akcja toczy się w czasach Wojen Klonów (moim ulubionym czasie) dodałam kilka postaci, a niektóre wyrzuciłam tworząc coś na kształt opowiadania fanfiction. Cała historia będzie kręcić się raczej w okół 1 wymyślonej przeze mnie postaci...ale więcej nie zdradzę ^ ^

Dlaczego inne?

Bardzo lubię pisać opowiadania,zwłaszcza o Star Wars jednak zawsze odnosiłam wrażenie, że cała historia Gwiezdnych Wojen została już doskonale ukazana na filmach, dlatego wielokrotnie zastanawiałam się: Co by było gdyby?...
Ten blog jest jednym z pomysłów na odpowiedz na powyższe pytanie..

P.S: Jest to mój pierwszy blog także proszę o wyrozumiałość i informacje w komentarzach, gdyby coś przydało się w nim zmienić :)

Mam nadzieję, że nie zraziłam was tym krótkim wstępem.
Pozdrawiam Ms Skywalker