(Van)
Autobus podskakiwał jadąc po nierównej drodze i sprawiał wrażenie jakby zaraz miał się rozlecieć. W środku śmierdziało paliwem, a szyby oraz fotele ktoś porysował. W sumie nic w tym dziwnego. Był stary, zardzewiały. Kursował raz na tydzień. Jedna z moich walizek upadła na podłogę, gdy pojazdem mocniej zachwiało, wiec schyliłam się żeby ją podnieść sama omal nie tracąc przy tym równowagi. Skoro wujek, aż tak bardzo chce żebym przyjeżdżała do niego na wakacje to choć raz mógłby się pofatygować i odebrać mnie z Londynu.
Drzwi autobusu otworzyły się ze świstem i usłyszałam szorstki, głos kierowcy:
- Wysiadać! Ostatni przystanek!
Powoli przeszłam przez próg i stanęłam na miękkiej, ciemno-czarnej ziemi. Rozejrzałam się dookoła. W którą stronę nie spojrzeć, wszędzie łąki z trawą sięgającą do kolan.Świetnie, czyli jeszcze godzina spacerkiem. Chwyciłam bagaże. Ruszyłam przed siebie.Szłam, a zielone źdźbła uginały się pod moimi stopami. Promienie słońca grzały niemiłosiernie, a buty oraz fragment moich jeansów pokryły się błotem. Pomimo to, gdy tylko spostrzegłam wyłaniający się zza wzgórza dach domu, chciałam jedynie cofnąć się i pobiec w przeciwną stronę.
Do kogo miałabym iść? Co robić?
Zamknęłam oczy i spróbowałam się uspokoić.
Plan na wakacje:" Nie ważne jak nie przepadam za wujaszkiem, będę dla niego miła"
Przynajmniej...postaram się.
Szybko minęłam niewysoki pagórek, przeszłam koło sadu. Przyłożyłam rękę do czoła osłaniając oczy przed ostrymi, ciepłymi promieniami...wtedy go ujrzałam.
- Dzień dobry wujku!- zawołałam na widok ciemnoskórego mężczyzny w szarym podkoszulku. Prawdopodobnie słysząc mój głos odwrócił się i spostrzegłam, że w jednej ręce trzyma duże, metalowe grabie. Podbiegłam do niego i przytuliłam mocno ignorując, że cały pokryty był błotem. Z nieukrywanym zadowoleniem patrzyłam jak jego ciało spina się pod wpływem mojego dotyku.
- Już jesteś? twoja nauczycielka zapewniała, że będziesz dopiero wieczorem.
Usilnie starał się wyswobodzić z moich objęć
- Wypuścili nas wcześniej. W internacie tez chcą mieć jak najszybciej wolne.
Spojrzałam na niego. Nic się nie zmienił od czasu ostatnich wakacji. Wciąż miał zupełnie gładko ogoloną głowę, a głęboka zmarszczka na czole nadawała jego twarzy surowy wygląd.
To typowy samotnik. Żyje pośród pól, uprawia role. Od czasu do czasu zajmuje się bankowością. Jest oziębły, tajemniczy i małomówny, ale jest również moją jedyną rodziną...Powinnam być mu wdzięczna. Pozwalał mi u siebie mieszkać w czasie przerwy letniej, a w roku szkolnym kupował mi książki i ubrania.
Dlaczego więc za każdym razem, gdy miałam się z nim spotkać, samo tolerowanie jego obecności sprawiało mi problem?
- Vanesso , słuchasz mnie?
- Hmm...Tak- oparłam wyrwana z zamyślenia. Pokręciłam przecząco głową- Nie.Przepraszam. Możesz powtórzyć?
- Wiem, że nie przepadasz za spędzaniem tutaj wakacji- już otworzyłam usta, by zaprzeczyć, ale jakoś nie potrafiłam znaleźć odpowiednich słów.-Więc postanowiłem, że w tym roku, dla urozmaicenia czasu, pomożesz mi przy zbiorach.
Otworzyłam szeroko oczy ze zdziwienia. Czy on naprawdę sądzi, że tego właśnie chcę? Jeżeli tak, mój szacunek do niego znów spadł o kilka procent.
" Bądź miła"-skarciłam się w duchu.
- To świetny pomysł-wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
On jednak nie zwrócił uwagi na mój ton lub udawał, że go nie zauważył. Nie ważne. Wciąż stał drętwo, choć teraz, nagle jego wzrok wydał mi się dziwnie nieobecny...czegoś nasłuchiwał.
- Van! Na ziemię!- chwycił mnie mocno za rękę i pociągnął za sobą w dół. Usłyszałam warkot silnika, a chwilę potem jakaś wielka, żelazna kula spadła dosłownie 5 cm od mojej głowy, robiąc spory dołek w trawie.Oczy zaczęły mnie piec od tumanu pyłu, który wzbił się w powietrze. Moje serce biło szybko, oddech był nierówny. Przyległam mocniej do podłoża, gdy potężny właz rozsunął się ukazując co, może raczej kto znajdował się w środku. Metalowe stwory o ludzkim kształcie z blasterami w dłoniach zaczęły powoli wydostawać się na zewnątrz.
To niemożliwe!
Chciałam krzyczeć, ale w moim gardle uformowała się tak wielka gula, że nie byłam w stanie wydobyć z siebie dźwięku.
Chciałam biec jednak moje ciało zdawało się przyrosnąć do ziemi niczym stary dąb z korzeniami sięgającymi głęboko w glebę.
Spojrzałam w stronę, gdzie leżał wujek. Nie było go! Myśli miałam postrzępione. Panika przeszyła cały mój organizm. Co jeżeli mnie tu zostawił? Samą, na pastwę losu. Nerwowo rozglądałam się we wszystkich kierunkach. Nie miałam pojęcia jak bardzo byłam przerażona do czasu, aż część strachu odpłynęła, kiedy znalazłam go kucającego po mojej prawej. Przełamał na pół grabie i wydobył z ich środka niewielki, podłużny przedmiot. Widziałam jak przesuwał po nim ręką, natychmiast pojawiła się brzęcząca , fioletowa wstęga światła. Zgrabnie przeciął nią korpus pierwszego potwora.
To była moja szansa. Zacisnęłam wargi, oderwałam się od ziemi i puściłam się biegiem przez las, z każdej strony otoczona potokiem laserowych pocisków, które mijały mnie o włos. Nie oglądałam się za siebie. Paliło mnie w piersiach, nigdy nie lubiłam biegać, ale wiedziałam, że nie mogę się zatrzymać. Pędziłam tak szybko jak tylko potrafiłam...może trochę zbyt wolno. Poczułam zimny uściska na lewym przedramieniu. Zapewne, gdybym nie była śmiertelnie przerażona zawyłabym z bólu, bo szpony droida wbijały się na prawdę mocno.
Przez jakiś czas, który dla mnie był jak wieczność, wpatrywałam się w jego ziejące pustką oczy. Podniósł do góry broń. Bałam się, bałam się i z całych sił próbowałam powstrzymać łzy,zbierające się w kącikach oczu. Nie tak wyobrażałam sobie swoją śmierć, nie chciałam tak zginąć...Wzięłam głębszy oddech, gdy już pogodziłam się z tym co miało mnie czekać, błękitna wstęga światła przeszyła ciało robota. Opadł bezwładnie, a zza niego wyłonił się mężczyzna. Miał krótkie jasnobrązowe włosy, czarny płaszcz, w który był ubrany, powiewał na wietrze. Zamrugałam kilka razy.
Czy to omamy!
Zebrałam się w sobie, by coś powiedzieć, ale na horyzoncie pojawił się lekko zezłoszczony wujek, więc uznałam, że to nienajlepsza pora na podziękowania. Twarze obojga mężczyzn wyrażały zdumienie.
- Windu?- zapytał mój wybawiciel- Mace Windu?
- Skywalker- wysyczał wujek bez cienia wątpliwości w głosie.
Kiedy znaleźli się obok siebie, zaczęli iść. Ramię w ramię. Nie zwracali na mnie uwagi, ale i tak odebrałam wrażenie, że powinnam podążyć za nimi. Byli ode mnie wyżsi, a co z tym się wiąże, mieli też dłuższe nogi. Musiałam nieźle się namachać, żeby ich dogonić. Moja ręka pulsowała przy każdym kroku, starałam się to zignorować.
- Nie spodziewałem się tu ciebie, Mistrzu- powiedział jasnowłosy chłopak.
- No to oboje mieliśmy dziś niespodziankę.
- Te droidy...
- Później mi opowiesz. Gdzie twój myśliwiec. To nim przyleciałeś?
- No właśnie- zakłopotany, podrapał się po karku- Rozbity. Ale na prawdę, miałem powód...
- To już trzeci w tym miesiącu!
- No przecież powiedziałem, że miałem ważny powód.
- Dość już o tym statku- zakończył wujek-Na szczęście mam coś na takie wypadki.
Weszliśmy w rząd gęstych krzaków. Przedzieraliśmy się przez zarośla, aż dotarliśmy do wydrążonej, jak sądzę, przez wiatr i wodę, skały. Nikt nic nie mówił. W ciszy przebieraliśmy powoli nogam, prowadzeni przez wujka.
Tunel, który na początku wyglądał jedynie na płytką szczelinę, teraz wydawał się nie mieć końca. Gdzieś w oddali słychać było kapanie wody. Sufit w miarę naszego posuwania się na przód stawał się coraz niższy, jeszcze trochę, a te ściany nas zmiażdżą.
- Fajne to twoje zbiory- rzuciłam ironicznie, gdy potknęłam się o kamień i upadłam na zimną, chropowatą skałę. Żałowała, że jest tu zbyt ciemno bym mogła zobaczyć poirytowany wzrok wujka, którym na pewno mnie obdarzył.
_______________________________________________
Nareszcie pojawiła się Van c: ! Nawet nie macie pojęcia ile razy poprawiałam i zmieniałam ten rozdział....uff. Mam nadzieję, że się podobał, choć akcja dzieje się w nim dość szybko.
" Bądź miła"-skarciłam się w duchu.
- To świetny pomysł-wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
On jednak nie zwrócił uwagi na mój ton lub udawał, że go nie zauważył. Nie ważne. Wciąż stał drętwo, choć teraz, nagle jego wzrok wydał mi się dziwnie nieobecny...czegoś nasłuchiwał.
- Van! Na ziemię!- chwycił mnie mocno za rękę i pociągnął za sobą w dół. Usłyszałam warkot silnika, a chwilę potem jakaś wielka, żelazna kula spadła dosłownie 5 cm od mojej głowy, robiąc spory dołek w trawie.Oczy zaczęły mnie piec od tumanu pyłu, który wzbił się w powietrze. Moje serce biło szybko, oddech był nierówny. Przyległam mocniej do podłoża, gdy potężny właz rozsunął się ukazując co, może raczej kto znajdował się w środku. Metalowe stwory o ludzkim kształcie z blasterami w dłoniach zaczęły powoli wydostawać się na zewnątrz.
To niemożliwe!
Chciałam krzyczeć, ale w moim gardle uformowała się tak wielka gula, że nie byłam w stanie wydobyć z siebie dźwięku.
Chciałam biec jednak moje ciało zdawało się przyrosnąć do ziemi niczym stary dąb z korzeniami sięgającymi głęboko w glebę.
Spojrzałam w stronę, gdzie leżał wujek. Nie było go! Myśli miałam postrzępione. Panika przeszyła cały mój organizm. Co jeżeli mnie tu zostawił? Samą, na pastwę losu. Nerwowo rozglądałam się we wszystkich kierunkach. Nie miałam pojęcia jak bardzo byłam przerażona do czasu, aż część strachu odpłynęła, kiedy znalazłam go kucającego po mojej prawej. Przełamał na pół grabie i wydobył z ich środka niewielki, podłużny przedmiot. Widziałam jak przesuwał po nim ręką, natychmiast pojawiła się brzęcząca , fioletowa wstęga światła. Zgrabnie przeciął nią korpus pierwszego potwora.
To była moja szansa. Zacisnęłam wargi, oderwałam się od ziemi i puściłam się biegiem przez las, z każdej strony otoczona potokiem laserowych pocisków, które mijały mnie o włos. Nie oglądałam się za siebie. Paliło mnie w piersiach, nigdy nie lubiłam biegać, ale wiedziałam, że nie mogę się zatrzymać. Pędziłam tak szybko jak tylko potrafiłam...może trochę zbyt wolno. Poczułam zimny uściska na lewym przedramieniu. Zapewne, gdybym nie była śmiertelnie przerażona zawyłabym z bólu, bo szpony droida wbijały się na prawdę mocno.
Przez jakiś czas, który dla mnie był jak wieczność, wpatrywałam się w jego ziejące pustką oczy. Podniósł do góry broń. Bałam się, bałam się i z całych sił próbowałam powstrzymać łzy,zbierające się w kącikach oczu. Nie tak wyobrażałam sobie swoją śmierć, nie chciałam tak zginąć...Wzięłam głębszy oddech, gdy już pogodziłam się z tym co miało mnie czekać, błękitna wstęga światła przeszyła ciało robota. Opadł bezwładnie, a zza niego wyłonił się mężczyzna. Miał krótkie jasnobrązowe włosy, czarny płaszcz, w który był ubrany, powiewał na wietrze. Zamrugałam kilka razy.
Czy to omamy!
Zebrałam się w sobie, by coś powiedzieć, ale na horyzoncie pojawił się lekko zezłoszczony wujek, więc uznałam, że to nienajlepsza pora na podziękowania. Twarze obojga mężczyzn wyrażały zdumienie.
- Windu?- zapytał mój wybawiciel- Mace Windu?
- Skywalker- wysyczał wujek bez cienia wątpliwości w głosie.
Kiedy znaleźli się obok siebie, zaczęli iść. Ramię w ramię. Nie zwracali na mnie uwagi, ale i tak odebrałam wrażenie, że powinnam podążyć za nimi. Byli ode mnie wyżsi, a co z tym się wiąże, mieli też dłuższe nogi. Musiałam nieźle się namachać, żeby ich dogonić. Moja ręka pulsowała przy każdym kroku, starałam się to zignorować.
- Nie spodziewałem się tu ciebie, Mistrzu- powiedział jasnowłosy chłopak.
- No to oboje mieliśmy dziś niespodziankę.
- Te droidy...
- Później mi opowiesz. Gdzie twój myśliwiec. To nim przyleciałeś?
- No właśnie- zakłopotany, podrapał się po karku- Rozbity. Ale na prawdę, miałem powód...
- To już trzeci w tym miesiącu!
- No przecież powiedziałem, że miałem ważny powód.
- Dość już o tym statku- zakończył wujek-Na szczęście mam coś na takie wypadki.
Weszliśmy w rząd gęstych krzaków. Przedzieraliśmy się przez zarośla, aż dotarliśmy do wydrążonej, jak sądzę, przez wiatr i wodę, skały. Nikt nic nie mówił. W ciszy przebieraliśmy powoli nogam, prowadzeni przez wujka.
Tunel, który na początku wyglądał jedynie na płytką szczelinę, teraz wydawał się nie mieć końca. Gdzieś w oddali słychać było kapanie wody. Sufit w miarę naszego posuwania się na przód stawał się coraz niższy, jeszcze trochę, a te ściany nas zmiażdżą.
- Fajne to twoje zbiory- rzuciłam ironicznie, gdy potknęłam się o kamień i upadłam na zimną, chropowatą skałę. Żałowała, że jest tu zbyt ciemno bym mogła zobaczyć poirytowany wzrok wujka, którym na pewno mnie obdarzył.
_______________________________________________
Nareszcie pojawiła się Van c: ! Nawet nie macie pojęcia ile razy poprawiałam i zmieniałam ten rozdział....uff. Mam nadzieję, że się podobał, choć akcja dzieje się w nim dość szybko.
Przy ostatnim rozdziale były, aż 24 wyświetlenia więc widzę,że czytacie...jupi!.
Mam prośbę. ( Już o to prosiłam, więc przepraszam,że się powtarzam) Zostaw krótki komentarz przy tym rozdziale na znak, że przeczytałeś.
Jeżeli nie masz pomysłu:
:)- taka buźka będzie oznaczać, że rozdział ci się podobał
:( - taka buźka będzie oznaczać, że rozdział ci się nie podobał
interesujące to przeniesienie na Ziemię c; Wreszcie się spotkali! Tylko coś mi się wydaje, że Van nie do końca załapała... Mam nadzieję, że w następnym rozdziale spędzą już ze sobą trochę czasu... ;) oczywiście, że mi się podobało, więc pamiętaj, że jak komentuję treść, to nie znaczy, że nie jest świetne, po prostu nie chcę się powtarzać ;*
OdpowiedzUsuń